Strategia Daesh

W Europie istnieją tysiące grup przygotowanych do nieoczekiwanego ataku terrorystycznego. Ataku, którego służby specjalne – nawet najlepsze – nie są w stanie przewidzieć, bo rozkaz do ataku padł już dawno. I wielokrotnie był powtórzony. Na spotkaniach z młodzieżą islamską w Europie – na uniwersytetach i w meczetach. Z ust ajatollacha Al Chamanei’ego z Iranu. Z ust przywódców Państwa Islamskiego. Lotniska, stacje metra – to dopiero początek wojny. Europę czeka prawdziwe piekło.

 

Myli się każdy, kto sądzi, że ataki terrorystyczne przygotowywane przez Daesh da się w jakikolwiek sposób porównać z działaniami i organizacją Al-Kaidy. Al-Kaida dokonała jednego spektakularnego ataku na Stany Zjednoczone. Później poległa ze względu na silne przywódctwo jednego człowieka, który – ścigany przez cały zachodni świat – siły i środki skierował na to, aby ratować własną organizację i przede wszystkim siebie. Daesh, czyli Państwo Islamskie działa w zupełnie inny sposób. Doniesienia Amerykanów o zabiciu jednego, czy drugiego przywódcy IS są niewiele warte, bo Daesh działa w oparciu o strukturę płaską. Jej faktycznymi przywódcami są radykalni duchowni islamscy, którzy, nie tylko na Bliskim Wschodzie, obiecują raj za śmierć w imię Proroka.

Zarządzanie projektami

Do obecnej wojny Daesh przygotowywał się od dawna. To dlatego zamachowcami są w większosci doskonale wykształceni i młodzi mieszkańcy krajów Unii Europejskiej. To menedżerowie projektów, dla których każdy zamach jest właśnie projektem, jaki trzeba zrealizować. To menedżerowie, którzy przygotowują się wykorzystując metoodologię Agile lub Prince2 – w taki sposób, aby na każdym etapie ‘projektu’ można go było skontrolować i poprawić. I, żeby nigdy w gronie nie znalazł się człowiek niezastąpiony. Każdy z uczestników zamachu ma swojego zmiennika, który w każdej chwili i na każdym etapie projektu może wejść do grupy i kontynuować przerwaną pracę bez szkody dla projektu. To dlatego spektakularne akcje eliminujące terrorystów, aresztowania, prowadzą do nikąd i nie dają efektu. Organizacje – bo mówiąc o Daesh trzeba mówić o gigantycznej federacji małych i więszych grup rozsianych po całej Unii Europejskiej – są przygotowane na polowanie ze strony służb specjalnych. Ale wiedzą również, że większości członków Państwa Islamskiego służby nie wyłapią. Stoją za nimi referencje z wyższych uczelni, dobre opinie w zakładach pracy i pozorna silna asymilacja ze społeczeństwem, w jakim żyją.

Co więcej każda grupa przygotowująca zamach jest dublowana przez inną. Na wypadek aresztowań wszystkich jej członków, w miejscu planowanego zamachu pojawią się nowi – z tym samym ładunkiem uruchamianym według takiego samego planu.

IS pracuje realizując dwie strategie – wewnętrzną i zewnętrzną. Wewnętrzna dotyczy działań Daesh w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Tam – szczególnie w Afryce – powołuje lub finansuje powstanie organizacji luźno na pozór związanych z Daesh, choć siejących terror i zdobywających władzę. Najlepszym przykładem jest Boko Haram, nigeryjskie bojówki, które zasłynęły zamachami w Afryce Środkowej oraz porwaniem kilkuset nastoletnich uczennic z chrześcijańskich gminazjum i liceum. Wszystkie one zostały niewolnicami seksualnymi wojowników Boko Haram, część sprzedawano w niewolę dalej – za 12 dolarów od dziewczynki.

Strategia zewnętrzna dotyczy obecności islamistów w Europie Zachodniej, Azji i w Stanach Zjednoczonych. Europa jest miejscem, które w dalekosiężnych planach Państwa Islamskiego, ma stać się kalifatem lub przynajmniej terytorium zależnym. Stąd regularne publikowanie map Europy przez ISIS, na których czerń rozlewa się od Półwyspu Arabskiego, po Skandynawię. Stąd również coraz głośniejsze domagania się od władz krajów członkowskich UE kolejnych zezwoleń na budowę nowych meczetów. Niejednemu planowi odmawiały zgody na realizację samorządy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Hiszpanii czy choćby Belgii właśnie. Nie zmienia to jednak w niczym aktywności fundamentalistów zakorzenionych w Europie. Ani zasad według jakich Daesh prowadzi z zachodnią cywilizacją wojnę. Zasad, które już nie raz islam wykorzystywał – po raz ostatni w Algierii walczącej z okupacją francuską. Publiczne egzekucje, zamachy bombowe na lotniskach i w samolotach były preludium do planowanych ataków na… szkoły i przedszkola. To uderzenie, które zwala z nóg nawet największe mocarstwo.

Tak się zdobywa kraje

To zresztą jest kierunkiem, w jakim zmierzają terroryści z IS. Po publicznych egzekucjach, których zaniechano, bowiem ‘opatrzyły’ się opinii publicznej przyszła pora na zamachy na budynki i środki transportu publicznego. Madryt, Londyn, Paryż i – teraz właśnie – Bruksela, są dopiero ostrzeżeniem przed kolejnymi etapami. Następne będą bowiem centra handlowe – jeżeli wierzyć plotkom z lodnyńskich meczetów, to wydarzą się właśnie w Londynie i miastach niemieckich, pewnie w Berlinie. Tych centrów nie da się tak precyzyjnie ochraniać – przecież nikt nie zamontuje przed wejściem bramek wykrywających metale. Zresztą, co udowodnili terroryści, bomby i karabiny da się wnieść również na lotnisko w administracyjnej stolicy Unii Europejskiej.

Potem pozostaną już zamachy na szkoły i przedszkola – dzieci niewiernych można bowiem albo porwać i nawrócić na islam, albo trzeba po prostu zabić. Po dwóch, trzech takich zamachach Europa stanie przed kryzysem, z jakim nie zmagała się do czasów swojego powstania. Będzie musiała bowiem odłożyć na półkę zasady równouprawnienia w obszarze religii, pochodzenia, czy koloru skóry, czemu głośno sprzeciwiać się będą środowiska lewicowe. Jeżeli tak nie zrobi, polegnie w walce z Daesh, bowiem żaden rodzić nie będzie kupczył życiem swojego dziecka. Po prostu zgodzi się na każde ustępstwa, żeby tylko zagwarantować bezpieczeństwo swoim najbliższym. Nawet kosztem własnej wolności. Ten argument ostatecznie wyrzucił Francuzów z Algerii. Ten również będzie najczarniejszym snem krajów europejskich.

A tradycyjna wojna, bombardowania Bliskiego Wschodu… Nie dadzą wiele – w końcu większość wojowników IS, którzy pojechali (bądź po prostu urodzili się tu) do Europy walczyć, jest już na miejscu. I nie da się zbombardować – w końcu są porządnymi, zdolnymi studentami, pracują w europejskich urzedach, sklepach, mają zakłady fryzjerskie, robią zakłady w meczach piłkarskich. Rozkaz już padł, teraz muszą zorganizować się w grupy. Takie, jak te w Londynie, Paryżu, Madrycie czy Brukseli. A kolejną bronią Daesh są również samotne wilki – ci, którzy wejdą w tłum ubrani w Pasy Shahida.

Reklamy

Monthy Putin

MPL-TT

Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej będzie głosować rezolucję potępiającą aneksję NRD przez RFN w 1989 roku. Oraz przyjrzy się – z należnym szacunkiem i konieczną akceptacją – budżetowi nad którym pracował przede wszystkim Putin.

Nie wiadomo, na ile pomysł rezolucji potępiającej aneksję NRD przez RFN jest autorstwa Władimira Putina a na ile Siergieja Naryszkina, przewodniczącego rosyjskiej Dumy Państwowej. Naryszkin tego nie powie, a Putinowi nie wypada się chwalić – jeżeli oczywiście to jego pomysł – choć wiele wskazuje na to, że to właśnie on powinien. Rezolucja będzie odpowiedzią na oskarżanie Rosji o aneksję Krymu.

Młodszym i nie skupiającym uwagi na historii najnowszej kilka słów wyjaśnienia – NRD i RFN to były Niemcy, tyle że podzielone na pozostającą pod wpływem Moskwy Niemiecką Republikę Demokratyczną ze stolicą w Berlinie i Republikę Federalną Niemiec (ze stolicą w Bonn), która powstała na niemieckich terenach zajętych pod koniec II Wojny Światowej przez zachodnich aliantów. Berlin Zachodni wbrew powszechnej opinii (naprawdę słyszałem taki pogląd wypowiadany przez młodych ludzi) był jeszcze inną jednostką administracyjną, też podległą Zachodowi. Jak sobie łatwo możecie wyobrazić NRD była krajem dumnie reprezentowanym w Układzie Warszawskim – radzieckim odpowiedniku NATO i Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej – wschodnim odpowiedniku Unii Europejskiej przez komunistów niemieckich, choć krajem, z którego większość Niemców chętnie prysnęłaby na Zachód – do RFN właśnie. Głównie ze wględu na to, że wzajemna pomoc gopodarcza była delikatnie rzecz biorąc mało wystarczająca, zaś wolność Moskwy mocno kulała, w przeciwieństwie do ‚zgnilizny Zachodu’, jak to radośnie określały media Bloku Wschodniego.

Kiedy w 1989 po aksamitnej rewolucji w Polsce upadł Mur Berliński, Niemcy uznali, że najwyższy czas stać się z powrotem jednym krajem. Może nie tyle demokratycznym w nazwie, co po prostu demokratycznym. Mieszkańcy Niemiec Zachodnich wcale nie palili się do połączenia – wprost przeciwnie, uznali, że Ossi (Wschodniacy – czyli mieszkańcy NRD) doprowadzą ich do nędzy wykupując wszyskie dobra zachodnie. Mieszkańcy NRD wprawdzie jeszcze kochali Lenina, ale faktycznie bardziej kochali kolorowe telewizory, radiomagnetofony (to był wymiernik luksusu) oraz samochody BMW i Audi przedkładali nad Trabanty i Wartburgi. Do połącznia podeszli więc z wyjątkowym entuzjazjem i już po kilku latach nie wszyscy potrafili nawet powiedzieć, co to takiego była ta NRD. I to tyle tytułem wyjaśnienia. No, może jeszcze wypada dodać, że nie odbyło się w tej sprawie referendum. A zjednoczone Niemcy zostały Niemiecką Republiką Federalną. Co ma kluczowe znaczenie dla Rosyjskiej rezolucji.

– Oni nawet nie głosowali, po prostu zostali zaanektowani – wyjaśnia Naryszkin. – Na Krymie odbyło się referendum. Mieszkańcy nie chcieli być Ukraińcami. Chcieli do Rosji.

Jaki wpływ na politykę międzynarodową będzie miała rezolucja Dumy Państwowej? Niewielki – pod warunkiem, że Putin nie postanowi w obronie demokracji odzyskać NRD i dać jej prawo do samostanowienia…

Póki co rosyjski budżet przewiduje zwiększone wydatki na zbrojenia. Ops… przepraszam. Na obronność. I nie tyle zwiększone, co po prostu niezmienione w nowym, wartym 35 mld dolarów planie antykryzysowym, który ma wesprzeć gospodarkę mocno dotkniętą przez zachodnie sankcje i taniejącą ropę naftową. Zgodnie z planem Kreml wesprze banki i firmy oligarchów, co pomoże im przetrwać bezpośrednie skutki kryzysu kosztem długoterminowych programów rozwojowych. Dodatkowe środki mają być także przeznaczone na zwiększenie świadczeń w związku z wyższą niż oczekiwana inflacją.

Minister finansów Anton Siłuanow powiedział już, że plan antykryzysowy nie zwiększy wydatków budżetowych, ponieważ dodatkowe środki zostaną pozyskane z rezerwy budżetowej i oszczędności w innych obszarach.

Zgodnie z planem rząd ma zredukować w 2015 roku większość planowanych wydatków o 10 proc., z wyjątkiem obronności, wydatków socjalnych i spłaty zadłużenia z zamiarem zrównoważenia budżetu do 2017 roku.

Russia. Business under attack

Duma Russia P&N

Russia’s law is changing against the foreign organizations – as well against human rights societies as artistic and businnes organizations that operate there locally or nationwide. Last Tuesday (20/01) Lower house of state parliament held the first reading of the draft law ‚On undesirable foreign organizations’. The law can take effect in January.

The Russian Duma decided to accept the law as it was proposed by Putin’s administration. Including the definition of ‚ undesirable foreign organizations’ which can be business associations, banks, companies, holdings, corporations, churches and religious associations and any other organizations including theatres or music groups which will be dangerous for the state, its citizens, groups of citizens, their health and public order. Dangerous in the opinion of Kremlin administration, if you want to know.
Not enough?
If administration decides the organization is dangerous and undesirable it has to be removed from the territory of Russian Federation and its employees, cooperators, volunteers without Russian passport will have to leave the country within next few days as any activity of the organization will be strightly forbidden. Otherwise they might go to prison including the penal colonies in Siberia. In fact the state’s authorities also set up the possibility of revoking visas for entry and residence in Russia.
‚In Russian authorities opinion this is the only way to develop procedures to protect Russian markets, Rusian companies and enterpreteurs from unfair activities of foreign organizations operating in the home market’ says Piotr Niczyperowicz, East and Central European markets analyst and independent business and trade consultant in Russia. ‚It’s still hard to list the organizations that will be banned from Russian markets. The list will be very long, however. I am more than sure that on the frontline are American companies and NGOs. Especially they had their bad times in Russian market few years ago, let’s recall McDonalds’ case. UK’s and Polish companies had to face similar problems, including British Council that had to close down definitely its Russian branches after United Kingdom occurred the Russian Federation for an arrest warrant hunted Andrey Lugovoy, killer of Alexander Litvinenko’.
Russian market analysts are more than sure that the new act will affect all businesses in Russia as well foreign as home, especially the organizations which cooperate with their western partners. Russian businesses will be simply affraid of being accused of collaboration with the state enemies. The first business projections directly shows the new act will improve still strongest position of Russian pro-Putin oligarchs simply because they’ve been cooperating with the authorities and the secret services of RF such as FSB or GRU.
‚It’s not hard to predict how much will fall position of foreign companies’ declares Piotr Niczyperowicz. ‚Let’s get all the way back to the ‚Foreign agents’ Act from 2012 when almost all of the NGOs that were financed from abroad and connected more or less to democratic actions were registered as ‚organizations acting as the agents of foreign services’ what almost ended up any cooperation of Russians organizations of all level of social and business activities with their partners from USA or European Union. Many of them were administratively closed’.

Rosja. Bloger do łagru

Untitled

Blogerzy Putinowi nie straszni, konkurencyjni politycy też – oto bracia Nawalni zamiast przygotowywać się do świąt muszą przygotować się na wycieczkę do syberyjskich łagrów. Na przynajamniej dekadę, jak obiecują blogerom i opozycjonistom rosyjscy prokuratorzy. I można im wierzyć – obiecywali kilkanaście lat łagrów Michaiłowi Chodorkowskiemu. I tyle w łagrach siedział.

Aleksiej Nawalny jeszcze niedawno był odważnym rosyjskim blogerem, adwokatem i wrogiem pożerającej Rosję korupcji. Z punktu widzenia putinowskiego Kremla jest groźny – kiedy organizował potesty przeciwko powrotowi Putina na Kreml, odniósł sukces, nawet jeżeli prorządowe rosyjskie media nie chciały tego przyznać. Kiedy zapowiedział, że do polityki wejdzie, też nie rzucał słów na wiatr – w ubiegłorocznych wyborach na mera Moskwy był dugi z poparciem 27,24 proc. mieszkańców stolicy Rosji.

Dzisiaj z zarzutami karnymi o polityce myśli pewnie inaczej. Podobnie, jak jego brat, który również nierozsądnie wypowiadał się głośno o wewnętrznej i zagranicznej polityce Władimira Putina.

37-letni Nawalny – adwokat i bojownik z korupcją, który dał się poznać jako wzięty bloger – to jeden z przywódców protestów w Moskwie w 2012 roku przeciwko powrotowi Władimira Putina na Kreml. We wrześniu 2013 roku Nawalny uczestniczył w wyborach mera Moskwy, zdobywając 27,24 proc. głosów i ustępując jedynie obecnemu włodarzowi stolicy Rosji Siergiejowi Sobianinowi.

– Będziemy się dla niego domagać wyroku 10 lat łagrów – zapowiada prokurator Nadieżda Ignatowa. Za co? Wiadomo, że nie za blogowanie. Jeżeli w Rosji władza pakuje kogoś do łagrów to robi to za sprawy gospodarcze. Aleksiej i jego brat Oleg będą odpowiadać za zagarnięcie 30 mln rubli na skodę francuskiej firmy Yves Rocher. Większość pieniędzy zdaniem śledczych bracia wydali na własne potrzeby. Część wpłacili na rachunek innej firmy, której są współwłaścicielami. Do tego dochodzą malwersacje w państwowej spółce Kirowles, z którą Nawalny zetknął się bedąc doradcą gubernatora obwodu kirowskiego Nikity Bielycha. Jak deklaruje Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej Nawalny miał skłonić zarząd przedsiębiorstwa do podpisania niekorzystnego kontraktu, na którym spółka straciła 16 mln rubli. Za tę drugą sprawę Nawalny bilet do łagru już zresztą dostał – na pięć lat. Ale zamieniono mu to na karę domowego aresztu do 15 stycznia przyszłego roku. A w związku z tym, że wina Nawalnego ‚została całkowicie udowodniona’, jak zapewnia prokurator Ignatowa, areszt – na wszelki wypadek – przedłużono mu o jeden miesiąc.

Dla obserwatorów rosyjskiej sceny politycznej jasne jest, że Nawalny i jego brat pojadą do łagru. Podobnie jak do łagru, też za przestępstwa gopodarcze, trafił wypuszczony przed Olimpiadą w Rosji na mocy aktu łaski prezydenta Putina Władimir Chodorkowski, który zadeklarował walkę o fotel prezydenta Rosji.

Były szef rosyjskiego Jukosu, skazany de facto za głośną deklarację o starcie w wyborach prezydenckich a de iure za malwersacje finansowe, w wywiadzie dla „Die Welt” porównał Putina do Stalina. Nie bez pewnej racji.

Putin jak Stalin

– Prawnik Putin i bandyta Stalin w ten sam sposób pojmują pojęcie niezawisłości wymiaru sprawiedliwości – mówił w „Die Welt” Chodorkowski. I dalej: – Czytałem rozkazy Stalina, w których pisał: „postawić przed sądem i rozstrzelać”, słyszałem Putina mówiącego: „powinno się wtrącić do więzienia” z wyjaśnieniem, jaki powinien być mój drugi wyrok. Jest jasne, że jest to już bardziej „ludzkie podejście”.

Nieszkodzi, że Natalia Wasiliewa, asystentka sędziego Wiktora Daniłkina i rzeczniczka sądu, który prowadził sprawę Chodorkowskiego, publicznie ogłosiła, że Daniłkin od początku procesu znajdował się pod stałą kontrolą i dostawał instrukcje, a ogłoszony wyrok został mu odgórnie narzucony. Sędzia zaprzeczył słowom Wasiliewej.

Chodorkowski, były prezes jednej z najbardziej znaczących w Europie i Azji firm naftowych, człowiek, zdaniem jego partnerów biznesowych, wysokiej kultury osobistej i dużego uroku, powiedział o jedno słowo za dużo – chciał bronić demokracji w Rosji, starać się o prezydenturę. Ale długie ręce Kremla pokazały mu, że w kraju, w którym biznes i polityka są często synonimami, takie deklaracje są niebezpieczne. W ciągu kilku miesięcy z jednego z najbogatszych ludzi świata (16 miejsce) stał się – sławnym, to prawda! – przeciętnym więźniem post sowieckiego gułagu. Więźniem, przed którym może być jeszcze dekada więzienia.

Jukos powstał w 1993, a jego  nazwa pochodzi od pierwszych liter głównych aktywów należących wówczas do kompanii energetycznych Jugansknieftiegazu i Kujbyszewnieftieorgsintiez. W 1995 Kreml sprzedał 45 proc. akcji Jukosu bankowi Menatep, który wkrótce dokupił jeszcze 33 proc. akcji. Rok później na czele przedsiębiorstwa stanął Michaił Chodorkowski, będący jednocześnie głównym akcjonariuszem Menatepu. Historia koncernu przypomina początki największych gigantów amerykańskiej gospodarki. W ciągu kilku lat Jukos przejął kilka mniejszych rosyjskich przedsiębiorstw naftowych, dzięki czemu mógł zwiększyć wydobycie. W 2003 stał się największym przedsiębiorstwem naftowym w Rosji. Roczne wydobycie ropy sięgało 81 mln ton, co dawało niemal 20 proc. całości rosyjskiej produkcji. Sukces zawdzięczał dobremu zarządzaniu, bo trzeba wspomnieć, że jako jedna z pierwszych rosyjskich kompanii energetycznych, zatrudnił wielu menedżerów z Europy Zachodniej i USA, względnej przejrzystości w działaniu i efektywnemu lobbowaniu swoich interesów w rosyjskiej Dumie. Choć jeszcze w drugiej połowie lat 90 struktura własnościowa spółki nie była do końca. Jukos informował w pierwszej połowie 2002 r., że głównymi akcjonariuszami kompanii byli Michaił Chodorkowski (9,5 proc.), Leonid Niewzlin (8 proc.), Płaton Liebiediew (8 proc.), Władimir Dubow i Michaił Brudno ( po 7 proc) oraz Wasilij Szachnowski (4,5 proc.).

2 lipca 2003 aresztowany został Leonid Niewzlin, wiceprezes przedsiębiorstwa. Oskarżono go o oszustwa i niepłacenie podatków. Wydarzenie to otworzyło tzw. sprawę Jukosu. 25 października 2003 aresztowany został Michaił Chodorkowski. Był to początek końca wielkości przedsiębiorstwa, które popadło w konflikt z władzą. Kreml nie tylko bał się deklaracji Chodorkowskiego o chęci startu w wyborach, ale miał coraz większą ochotę na aktywa spółki. A można było je przejąć tylko zarzucając zaległości podatkowe przewyższające wartość przedsiębiorstwa.

Ten prosty zabieg prokuratorski – zarzut nie zapłacenia fiskusowi 50 mld dolarów podatków – pozwolił na aresztowanie zarządu i części kadry menedżerskiej spółki. Pozwolił również na zlicytowanie największego złoża koncernu – Jugansknieftiegaz, które znacznie poniżej realnej wartości przejął należący do Skarbu Państwa Federacji Rosyjskiej Rosnieft. Pozostałe aktywa także chce przejąć Rosnieft, zaś po tym przejęciu spółka zostanie postawiona w upadłości. Koniec imperium Chodorkowskiego oznacza także koniec epoki w post sowieckiej Rosji, która dawała nadzieje na wprowadzenie w tym kraju demokracji i zasad gospodarki wolnorynkowej.

Grigorij Jawliński, w pierwszej dekadzie lat 2000 lider opozycji demokratycznej w Federacji Rosyjskiej, były szef partii Jabłoko mówił, że rosyjski rynek można określić mianem kapitalizmu administracyjnego. – To kapitalizm bardzo zmonopolizowany, bardzo niezróżnicowany i bardzo nieprzyjazny – wyjaśniał w rozmowie ze mną. – Nasz problem polega na tym, że nie mamy na rynku niezależnych sądów, niezależnych arbitrów. A bez instytucji, która może rozstrzygać ewentualne spory organizacji gospodarczych można osiągnąć jedynie monopolizację, zbytnie uzależnienie rynku od administracji oraz wysoki poziom monopolizacji i kryminalnej przestępczości. A ponieważ nie mamy prawdziwych sądów, często sposobem załatwiania spraw w biznesie jest zlecanie zabójstw. Zmiany rynkowe i administracyjne mogą się pojawić dopiero wówczas, gdy pojawi się niezawisły sąd i odpowiednio przygotowane prawo. Potrzebujemy ewolucji, dochodzenia do wszystkiego krok po kroku. Sytuacja zmieni się może za 20, może za 25 lat a może nawet za 40, ale zmieni się na pewno. Nie sądzę, aby zmianom sprzeciwiały się wielkie państwowe firmy. Bo też, w czym one się mogą zgadzać, albo nie, jeśli administracja zdecyduje o zmianach warunków panujących w gospodarce?

Łaska Moskwy

Chodorkowski od września 2005 r. przebywał w łagrze w Krasnokamieńsku w obwodzie czytyjskim, gdzie stężenie radioaktywności 190-krotnie przekracza normy zdrowotne dopuszczalne dla człowieka. Przebywał tam bez szans na jakiekolwiek warunkowe zwolnienie – bo każdy miesiąc armia urzędników szuka jakichkolwiek punktów zaczepienia w celu postawienia mu kolejnych zarzutów i orzeknięcia kolejnych wyroków. Kreml dość precyzyjnie pozbawił możliwości pomocy przyjaciół Chodorkowskiego i jego byłych współpracowników z Jukosu. Michaił Chodorkowski podjął strajk głodowy na znak solidarności z uwięzionym kolegą Wasilijem Aleksieninem, któremu odmówiono leczenia na AIDS, którym został zarażony w więzieniu. Rosyjski Sąd Najwyższy odmówił uwolnienia członka byłego kierownictwa Jukosu.

20 grudnia 2013 r Chodorkowski został ułaskawiony przez prezydenta Rosji Władimira Putina i wypuszczony na wolność. Jeszcze tego samego dnia opuścił Rosję. O prezydenturę nie będzie walczył.

Londyn. Nosił bankier razy kilka

ingilterenin_pinti_bankacisi_jonathan_paul_burrows_h19503 (1)

Finansista Jonathan Paul Burrows złamał mit imigranta nadużywającego transportu publicznego w Londynie. Zaoszczędził 42550 funtów na pociągach, dał się złapać i stracił prawo pracowania w finasach. Za bilety oczywiście oddał, ale do banków już nie wróci.

Sposób podróżowania, który upodobał sobie Jonahan Burrows, były już dyrektor funduszu hedge’ingowego BlackRock, reklamującego się jako lider na rynku zarządzania aktywami, zawsze ubrany w elegancki garnitur, krawat spinający nienaganny, biały kołnierzyk jest znany większości imigrantów w Wielkiej Brytani. W kraju, w którym system podróżowania środkami masowego transportu – szczególnie koleją i metrem – jest na pierwszy rzut oka… dziwny. Wszystko przez zasady, które tworzą mniej więcej szczelną sieć właściwie uniemożliwiającą gapowiczom podróżowanie czymkolwiek.

Przede wszystkim na perony i do metra nie można wejść bez ważnego biletu. W granicach Londynu bramki na perony pociągów otwierają biety na pociągi, ale także karta miejska, nazywana przez Polaków ‚oysterką’ (oryginalnie nazywa się ‚Oyster Card’), czyli karta, na którą można załadować bilet umożliwiający podróżowanie po wszystkich strefach komunikacyjnych Londynu (oczywiście w zależności od tego, jaki ten bilet załadujemy) – ale nigdzie dalej. Bramki wpuszczające na perony są również bramkami wypuszczającymi z peronów – pod warunkiem okazania ważnego biletu na przejazd. Jeżeli na ‚oysterce’ mamy bilet na trzy strefy a zapędzimy się do czwartej bramka nas nie wypuści, powiadomi natomiast pracownika obsługi stacji, który umożliwi nam zapłacenie za przejazd. Lub wlepi mandat, jeśli na bilet nas nie stać.

Jeżeli wyjedziemy poza Londyn to karta miejska na nic się nam nie zda – bez biletu na kolej utkniemy na dworcu, jak raz na peronie, z którego pociągi z powrotem nas nie zawiozą. Zdarzają się stacje, które bramek nie mają – zamiast nich na ścianach są kasowniki i czytniki biletów elektronicznych. Przejście na peron bez skasowania biletu to murowany mandat w kontakcie z kanarem – zawsze miłym i zawsze nieustępliwym.

System, jak każdy, ma swoje wady i te natychmiast wypatrzyli imigranci na dorobku, którzy – wiadomo – oszczędzają na czym mogą. Kontrole kanarów zdarzają się rzadko i czuć je z wielu mil. Bramki przepuszczają załadowaną na podróże po trzech strefach Londynu ‚oysterkę’ nawet jeżeli ostatnie dwie godziny spędziłeś w pociągu z Manchesteru. Jeżeli tam udało ci się wsiąść a nikt cię nie sprawdził, wygrałeś – niemało, bo bywa, że pół dniówki.

Mr Burrows nie jeździł z Manchesteru – raczej z okalających Londyn niewielkich miejscowości, gdzie domy są tańsze i jest zdecydowanie więcej spokoju. Jak długo? Brytyjska kolej uznała, że przejeździł 42550 funtów, czyli podróżnik z niego nie lada – ciął pociągami za darmo przynajmniej przez trzy lata.

Nie żałujcie go – biedny nie był. Luksusowe Porsche zawsze stało na podjeździe jednej lub drugiej posesji w East Sussex, oby wycenionych na parę milionów funtów.

– Wiedziałem, że łamię prawo – przyznał zeznając przed Financial Conduct Authority, czyli brytyjskim nadzorem finansowym. Zeznając był już biedniejszy, bo kolej kazała sobie zapłacić 43 tys. funtów rekompensaty. – Inaczej spotkamy się w sądzie – uprzedził prawnik kolei i tyle wytarczyło, żeby Burrows sięgną do kieszeni po czek.

FCA pozbawiło Mr Burrowsa prawa wykonywania zawodu. Na zawsze i bez odwołania. – Nie spełniał naszych standardów – uzasadnia Tracy Dermot.

– Głupio zrobiłem – przyznaje publicznie sam Burrows. Coś powiedzieć musi, bo Sąd nie będzie chronił jego wizerunku.

Przypadek byłego dyrektora instytucji finansowej ucieszył miliony imigrantów. Bez względu na to, skąd pochodzili, to oni byli podejrzewani o narażanie brytyjskich firm transportowych na straty. Ale do Brytyjczyka, top managera z City, daleko im i jego rekordu raczej nie pobiją, nawet jeśli będą jeździć na gapę grupami. A angielscy kontrolerzy większą uwagę będą musieli zwrócić na białe kołnierzyki, którym często na bakier z uczciwością a z pewnością zawsze pozostaną chciwi.

Trzech panów na uchodźstwie. Polska

Jestem w Polsce – siedzę przy polskim stole, rozmawiam po polsku i nie wiem jak wyrazić tęsknotę którą czułem za krajem. Rzucam się na książki i filmy, o wojnie z Rosją, o Powstaniu Warszawskim i czuję wymykającą się opisowi dumę. Czy to dobrze, że wyjechałem? Brakuje mi Londynu, ale już wiem, że zabraknie mi czasu, żeby wszystkim wytłumaczyć dlaczego.

DSC_0305

Z emigracją do Wielkiej Brytanii jest jak z szafirowym szkiełkiem odpornych na uderzenia i wodę zegarków Casio. Miałem taki – wywaliłem na niego mały majątek. Nie dość, że – w mojej opinii – był ładny, to jeszcze sam się ustawiał, chodził zasilany Słońcem, miał odporne na zadrapania szkiełko i można było w nim nurkować. Do 100 metrów. Nie był odporny na dzieci. I na tym poległem.

Dla świętego spokoju dałem go kiedyś mojej ząbkującej córce Hani. Darła się w niebogłosy a ja naprawdę nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić – spanikowałem jak każdy facet. Więc wcisnąłem w dziecięcą rączkę zegarek i usiadłem w fotelu. Hania ćwiczyła zegarek przez kilka tygodni gryząc go, wstrzykując do niego ślinę i skutecznie robiąc z niego niemowlęcy gryzak. Jak się domyślacie, zegarek raz dany niemowlęciu przepada na zawsze. Liczne próby odebrania go kończyły się awanturą, na której przegranie byłem skazany od samego początku świata. Skończyło się na tym, że Hania miała zegarek – swój pierwszy w życiu, którego z pewnością nie zapamiętała – ja kupiłem nowy, zaś producent zegarów stracił w moich oczach prestiż, który budował latami.

Po kilku tygodniach zegarek wyglądał, jakby przeszedł trzęsienie ziemi, katastrofę samolotu oraz kilka pomniejszych nieszczęść ze znalezieniem się pomiędzy Titanicem a górą lodową włącznie. Szafirowe i odporne na zadrapania szkiełko stało się matowe – tak matowe, że Słońce nawet w największych upałach nie dawało sobie rady z ładowaniem akumulatorów. Wstrzyknięta pod Bóg jeden wie jakim ciśnieniem w zegarek (odporny na ciśnienie 10 atmosfer) dziecięca ślina pozbawiła go w dużej części wodoodporności, ale przede wszystkim pozbawiła jednego z silników, więc zegarek zaczął pokazywać dowolną godzinę i – nieodmiennie – datę między jednym a drugim dniem.

Podobnie jest z życiem w Londynie. Mój początkowy zachwyt dość skutecznie osłabł. Nie tylko dlatego, że po poloni spodziewałem się czegoś innego, niż zastałem na miejscu. Nie dlatego również, że oczekiwałem po Brytyjczykach i ich królowej nieco bardziej cywilizowanych zachowań. Dlatego, że obraz, który sam sobie stworzyłem na podstawie polskich doniesień medialnych był odbitym w krzywym zwierciadle cieniem rzeczywistości. Odbitym w zwierciadle tak krzywym, że nie raz zdarzało mi się toczyć bitwy słowne z moją rodziną na temat różnic między tym, co tu jest naprawdę, a tym, co im wydawało się, że jest. Być może wyjechałem dlatego, żeby w upalny lipcowy wieczór, spoglądając na panoramę Londynu z jednego z budynków na Edmonton, móc z dumą powiedzieć, że jestem Polakiem. Że kocham moją ojczyznę, nawet jeśli wydawała mi się macochą. I, że choć byłem przekonany, że nigdy nie wrócę na zawsze, z pewnością na zawsze nie zostanę tułaczem. Być może wyjechałem, żeby w grudniową noc – już w Polsce – zdać sobie sprawę, jak cholernie tęskniłem za tą Polską, że to mój kraj… Dzisiaj, kiedy siedzę w polskim domu myślę sobie, że może to właśnie jest patriotyzm – kiedy coś ściska w gardle i jest tak dobrze, że aż boli. Ale moja droga do Polski jest wyboista. I zaczyna się w murzyńskim mieszkaniu na Edmonton.

Nie wychodź

– Paweł, zostań w domu dopóki nie wrócę – żeby odczytać wyraźnie sms-a mrużę oczy, przecieram je i próbuję złapać ostrość. Rozglądam się po pokoju. Jest wielki – dużo większy, niż ten do którego przywykłem przez ostatni rok. Zza otwartych szeroko balkonowych drzwi dobiegają dźwięki ulicy – dzieci, samochodów, wielkich czerwonych londyńskich autobusów. Patrzę jeszcze raz. Sms jest od Jennifer, Ghanijki, którą poznałem mniej więcej rok temu na ulicy na Tottenham, i której rodzina uznała mnie za brata. Podnoszę się na łokciu i czytam jeszcze raz. No tak – przypominam sobie – przecież ja tu teraz mieszkam. Od czwartej rano Jennifer i jej brat krzątali się po mieszkaniu bo rano mieli samolot do Ghany. Tydzień wcześniej pojechała tam ich matka, pierwsza kobieta-pastor, którą spotkałem i pierwszy pastor, którego polubiłem na tyle, żeby spierać się z nim (z nią) w obszrach biblijnych.

Dzisiaj polecieli do Accry z ojcem. O to był ten cały szum wczoraj do późnej nocy i dzisiaj o poranku. Po to było to niekończące się pranie garniurów Brighta.

– Naprawdę mam to wszystko w dupie – mówię półgłosem do siebie. Po polsku. Coraz rzadziej używam ojczystego języka, co powoduje, że każe słowo, każde zdanie po polsku smakuje jak najprzedniejsza potrawa. Za chwilę powtarzam głośniej: – Jest sobota i mam to wszystko w dupie.

Z półsnu, w kóry zapadam wyrywa mnie telefon. Od Jennifer. Być może dzwoni z Frankfurtu – tam mieli mieć przesiadkę.

– Jak się wam udał lot? Właściwie połowa lotu? – pytam.

– Jesteś w domu? Powiedz, że jesteś w domu – słyszę w słuchawce.

– Jezu, jestem w domu. Gdzie miałbym być? – pytam retorycznie.

– To dobrze. To czekaj, aż przyjdę. Jestem w drodze, będę za jakieś 15 minut – dopiero te słowa budzą mnie do końca.

– Co się stało? – pytam.

– W domu ci wyjaśnię.

No dobra, 15 minut to akurat tyle, żeby się ogarnąć, więc szybko wkładam wczorajszą koszulę, stare spodnie i dopijam zimną herbatę, którą zaparzyłem kilka godzin wcześniej. Boże, jak dobrze, że jeszcze była! Szybko porządkuję myśli. Jeśli wraca, to znaczy, że nie pojechała – to oczywiste. Pewnie coś się stało – w tej rodzinie zawsze coś się wydarza. To kochani i fantastyczni ludzie, ale nie wiem, czy odważyłbym się na podróż dookoła świata właśnie z nimi. Nawet w ponurym akcie desperacji…

Najsłabsi zostają

Wychodzę na balkon i sięgam do kieszeni po papierosa. Zanim podpalę, szybko chowam go z powrotem. W tym domu się nie pali – to był jeden z warunków mojego tu mieszkania. Zapalę przed budynkiem, jednej z trzech wysokich wież dumnie spoglądających na zadaszone targowisko na Edmonton Green.

I tak muszę wyjść, bo jeśli Jennifer nie poleciała to będzie taszczyć ciężkie walizki, pewnie przyda się jej pomoc. Po kilku minutach widzę ją. Bez walizek, z bagażem podręcznym.

– Muszę kupić bilet na samolot do Ghany. Na dzisiaj, na jutro albo na poniedziałek – rzuca krótko.

– Noooo…. dobrze.

Kiedy siadamy przy stole, rzucam krótkie ‚cześć’ i proponuję śniadanie. Zwykle nie jadam śniadań, ale po minie Jennifer widzę, że i kawa, i śniadanie bardzo jej pomogą.

– Dobrze – patrzy na mnie. – Zrób sobie śniadanie a ja najwyżej wezmę trochę twojego.

– Nie młoda damo. W mojej kulturze ludzie, którzy mieszkają razem zwykle jadają razem. I jak ktoś robi śniadanie dla dwóch, trzech osób to robi dwie, trzy porcje. Nie zrzucamy ze swojego talerza innym – wyjaśniam krótko i znikam w kuchni. Nie mam pomysłu na śniadanie, więc rzucam na patelnię boczek i jajka. Taki mały, europejski standard. Jennifer odpala komputer i zaczyna szukać biletu na najbliższy samolot.

– Możesz włączyć swój komputer i mi pomóc? – słyszę z salonu. – Mogę, jasne – odpowiadam.

Śniadanie jemy w telefonicznym towarzystwie panów z linii lotniczych, którzy szukają najlepszych połączeń. Starają się – takie mam przynajmniej wrażenie. Ale Jennifer mojego wrażenia nie podziela.

– Jak pan ma na imię? Tony? Na pewno Tony? Bo ma pan pakistański akcent – mówi przegryzając jajecznicę (‚doskonała, Paweł’).

Szukanie biletu, płatność – z powodów bliżej nieokreślonych Jennifer nie zdecydowała się na skorzystanie z bankowości elektronicznej, więc do rozmów z liniami lotniczymi dochodzą rozmowy z bankowcami – zajmują lekko licząc połowę dnia. Dnia, który zaplanowałem zupełnie inaczej.

– Dobra, to teraz powiedz co się stało – ściana, o którą się opieram jest przyjemnie chłodna, co odkrywam z radością, bo Londyn od kilku dni pogrążony jest w upałach. A ja codziennie rano biegam do pracy pod krawatem i w garniturze – tak trzeba w instytucjach finansowych w finansowej stolicy świata.

Z krótkiej opowieści dowiaduję się, że brat i ojciec zostawili Jennifer na lotnisku. Tak po prostu. Poszli szybciej, a że jej bilet był częścią podwójnego biletu jej i jej brata, nie przeszła przez bramkę.

– Przepraszam, ale w moim świecie to sytuacja nie do pomyślenia – mówię delikatnie. – U nas nie zostawia się ludzi na lotniskach. Albo lecą wszyscy, albo wszyscy zostają.

System da się obejść

– Ciebie, Pietkun, popierdoliło – Kasia, mój przyjaciel od zawsze, która ściągnęła do Anglii pół roku po mnie nie przebiera w słowach. Nawiasem mówiąc może sobie na to pozwolić. Znamy swoje największe tajemnice. I potrafimy ich dochować. – Zawsze miałeś tę wadę, że dorabiałeś ideologię do pięknej buzi. A w ich kulturze tak się po prostu innych traktuje, a szczególnie kobiety. Też sobie nie wyobrażam, żeby mnie mój brat, albo mój ojciec zostawili na lotnisku. A ty dalej będziesz uważał, że oni są piękni i zachwycał się nimi. Ty w ogóle jesteś dziwny. Weźmy na przykład twój obyczaj kupowania ludziom książek. Myślisz, że oni je czytają? Oni mają w dupie twoje książki…

Kasia, która na początku swojej emigracji była naprawdę zagubionym dzieckiem, jest dzisiaj prawdziwym wojownikiem. Mieszka na południu Londynu, ale trzyma się tylko tej dzielnicy, w której mieszka – to dlatego, jeżeli chcemy się zobaczyć to ja jestem jej gościem. Nigdy odwrotnie. Nie dlatego, że jestem mniej od Kasi oszczędny. Dlatego, że nauczyłem się koegzystować z londyńskim systemem. Nie wchodzimy sobie w drogę i nie przeszkadzamy. Ja podróże do dalszych stref biletowych Londynu mam za darmo. Ale też nie afiszuję się ze swoimi umiejetnościami i nie zarabiam na sprzedawaniu tych umiejętności dalej.

Zawsze czułem się wolny. I jestem wolny bez względu na to, wśród jakich przepisów żyję. Jeśli mogę je znieść, to je znoszę, Jeśli stwierdzam, że są zbyt dokuczliwe, to je łamię. Jestem wolny ponieważ wiem, że tylko ja ponoszę moralną odpowiedzialność za wszystko, co robię. To dlatego system, tu na miejscu, toleruje mnie, podobnie jak tolerował mnie w Polsce, kiedy przez kilka lat bez prawa jazdy jeździłem motocyklami jak ojczyzna długa i szeroka.

Podróży po Londynie uczę się z książek – pamiętników dwóch wielkich Polaków. Pierwszy to Bór-Komorowski, drugi Nowak-Jeziorański. Pierwszy podróżował po okupowanej przez Niemców Polsce, drugi – jak raz – po Wielkiej Brytanii. Też w ciężkich czasach II Wojny Światowej.

Kiedy muszę pojechać gdzieś, gdzie nie sięga mój tygodniowy bilet wiem, że do podróży muszę się przygotować. Sprawdzić, które stacje w których dzielnicach nie mają bramek biletowych. Jeśli mają – to jakie to bramki. I jak przeskakiwać między strefami z wykorzystaniem autobusów, którymi z moim 3-strefowym biletem mogę jeździć, gdzie tylko mi się podoba. Po kilku tygodniach mapy stacji i bramek znam na pamięć.

Haker skrzynek

Ta umiejętność przydaje mi się, kiedy kilka miesięcy wcześniej pracuję w jednej ze spółek zajmujących się sprzątaniem i ogrodnictwem. Firma należy do Polki – i, niestety, czuć ją jak każdą firmę z polskim modelem bizesu – na wiele mil. Formalnie jestem zatrudniony jako marketing manager, ale tak naprawdę właścicielka – mniej więcej moja rówieśnica, która była sprzątaczką, wyszła za Anglika z klasy średniej, i z mentalnością sprzątaczki wzięła się za biznes – niespecjalne wiedziała, w jaki sposób ogarnąć temat nie tak znowu wielkiej konkurencji oraz pracowników. Niestety nie wie również za specjalnie co to takiego ten marketing. O badaniach rynku nie słyszała. – Tu trzeba dawać łapówki, to podstawa sukcesu – powtarza mi niemal codziennie.

Po kilku miesiącach współpracy rozstajemy się nie bez pewnych żali. Do dzisiaj nie wiem czy to ja pożegnałem firmę, czy może firma pożegnała mnie. Kilka dni później spróbuję o tym porozmawiać z szanownym mężem pani właścicielki, który jak raz wydał mi się rozsądny i nie tak łatwo ulegający emocjom, co jego żona. Nawet go polubiłem.

– Pan mi zapamiętał moje hasło do służbowej skrzynki na swoim komputerze. To skandal! – to jedno z powitań, które akurat bawi mnie najbardziej (a poranki zwykle zaczynamy w sposób mniej więcej zależny od równowagi hormonalnej, lub jego braku, właścicielki firmy).

– Ja zapamietałem? Ale po co? – pytam.

– Bo chciał pan mieć dostęp do mojej skrzynki

– Nie chciałem, nie potrzebuję dostępu do pani skrzynki. Poza tym to pani się logowała na tym komputerze, o tym tutaj, który jest komputerem służbowym. Bardziej pani komputerem, niż moim. Jak pani zauważyła, większość prac wykonuję na swoim prywatnym komputerze ze względu na oprogramowanie, kóre mi jest potrzebne do pracy.

– Ja tam wiem swoje, pan mi chciał zhakować skrzynkę…

Tym razem już się uśmiecham. Cokolwiek miałbym tym osiągnąć w serwisie pocztowym wybranym przez szanowną właścicielkę można wejść do dowolnej skrzynki, bo admnistrator nie wyłączył archaicznego protokołu telnet – nie musiałbym uciekać się do zapamiętywania cudzych haseł. Zawsze mogę do niej wejść telnetując się i odsyłając sobie cudzą korespondencję, bez potrzeby zapamiętywania, czy zgadywania czegokolwiek. Tyle, że nie miałbym po co.

Ta rozmowa nie odbiega od standardu. Zwykle prowadzimy deliberacje na temat tego, czy jestem normalny, czy jestem zdrowy psychicznie oraz czy i gdzie powinienem zamieszkać (- Szkoda pana czasu na dojazdy z Tottenham. – Mnie nie szkoda, nie spóźniam się przecież. Za to mam dużo czasu na czytanie. – Lepiej by pan spał, niż czytał.). Rozmowy nagrywam – szybko znajduję pomysł, jak je z czasem wykorzystam.

Mąż właścicielki, z którym rozmawiam przez telefon, wydaje się rozsądny. – W końcu jesteśmy cywilizowanymi ludźmi – zgadza się ze mną. Rozumie, że nie potrzebuję służbowej domeny, której nie udało mi się oddać, bo właścicielka nie zrozumiała co to jest domena. Nie ma też potrzeby, żebyśmy się szarpali. Umawiamy się na spotkanie, do którego nie dochodzi. Kilka dni później dzwoni do mnie jeszcze raz – przedstawia się jako ktoś inny, potecjalny pracodawca. Jestem prawie pewny, że to on. Nie wiem, sądził, że go nie poznam? Ale sam pomysł nie jest jego – poznaję tu intrygę byłej szefowej. Facet, który żeni się z taka kobietą zasługuje na wszystko, co go potem spotyka.

Kiedy rozstaję się ze spółką dostaję pożegnalnego maila, że firma się ze mną rozliczy. I na mailu się kończy. No tak – to jest właśnie polski model biznesu. Zdaje się to przed nim uciekałem z Polski.

To nawiasem mówiąc nie jedyna polska firma, która zatrudnia Polaków, i której właściciele krótko mówiąc dorabiają się na rodakach.

Prywatny ogrodnik

– Przyjacielu, potrzebuję twojej pomocy – ten krótki komunikat rzucony do bosonogiego Andrzeja, który spędził na ziemi Eżbiety II już chyba pół życia kończy się tym, że przez najbliższe dni pracuję jako ogrodnik. Prywatnie. Codziennie zarabiam tyle, co przez tydzień w nieszczęsnej firmie, jak raz świadczącej – przynajmniej nominalnie – podobne usługi.

Właściciel ogrodu zatrudniłby firmę, gdyby się do niego zgłosiła. Ale tak się nie stało. Czemu? To już nie moja sprawa.

Zabawa w ogrodnika ma swoje dobre strony. Znowu poprawia mi się kondycja, mam mięśnie i zaczynam wyglądać ogólnie zadowalająco. Opalam się w końcu i opijam dobrej herbaty. Ale przede wszystkim poznaję tajemniczego Stephane, o którym Andrew mówi wyłącznie ‚mój mentor’.

Stephane jest Francuzem, który na jednym z londyńskich uniwersytetów wykładał język angielski. Pewnie dlatego nie może przestać poprawiać niemal każdego rozmówcy.

– Z językiem angielskim jest tak, że klasyczny błąd gramatyczny popełniany przez każdego Polaka w wydaniu Josepha Conrada nazywacie specyficznym stylem literackim – piszę mu sms-a, po kolejnej poprawce.

– Ja nie rozumieć poprzedniego zdania – dostaję błyskawiczną odpowiedź. Uśmiecham się. Trudno nie lubić tego Francuza. Zresztą za kilka dni będzie moim klientem. Buduję mu stronę internetową.

Wcześniej dostaję zaproszenie na jego urodzinowe party. To 40 urodziny, czyli kolejny rówieśnik. Pierwszy raz od niemal roku dyskutuję o literaturze, burzliwej przeszłości Anglii i Irlandii oraz słucham przedniej wymiany zdań o malarstwie i mistrzostwach świata w piłce nożnej – oba tematy są mi równie obce. I naprawdę odkrywam, że takiego dnia brakowało mi cholernie. Z imienin Stephane’a pozostaje mi pamiątka – zdjęcie wszystkich gości i jubilata. I wspomnienie tego, jak w towarzystwie kilku dystyngowanych Angielek przyznałem się do tego, że ucieszyłem się przegranym brytyjskim meczem. Po mojej deklaracji do podobnej radości przyznało się jeszcze kilku gości. Wstyd się przyznać, ale mecz angielskiej reprezentacji – ten najważniejszy, bo przegrany, obejrzałem z prawdziwą przyjemnością. Nie ja jeden. Kilka dni później w afgańskim sklepie na Tottenham podzieliłem się swoją radością z właścicielem. Po rosyjsku, bo było kilku klientów i kilku pracowników, a nie chciałem wszczynać potyczki słownej – tu naprawdę nie wiadomo, kto komu kibicuje. – Chłopaki, on też się cieszy, to swój chłop – krzynął do klientów i współpracowników właściciel. Dalej cieszyliśmy się razem i jak najbardziej po angielsku.

Mecz obejrzałem z Rafałem i Magdą. Mieszkaliśmy razem przez chwilę. Wprowadzili się na Risley Avenue niedługo po tym jak w dramatycznych okolicznościach zniknęli z mojego życia Jacek i Małgosia. I niedługo przed tym, zanim ja wyprowdziłem się do czarnego Edmonton.

Anioły Tottenham

„Paweł, w kuchni masz rybę i ziemiaki. Podgrzej sobie. Bułkę tartą masz na szafie na talerzu. Dobranoc”. List takiej treści upada mi pod nogi zaraz po tym, jak otwieram drzwi wracając z popołudniowej zmiany w jednej z londyńskich fabryk.

Patrzę na niego i nie mogę przestać się uśmiechać – to naprawdę wzruszające. Znamy się ledwie kilka dni, spędziliśmy ze sobą dwa, czy trzy wieczory. Po drodze nam z poglądami, mamy podobne poczucie humoru. A na dodatek oni, wiedząc, że wrócę późno, przygotowali mi obiad.

Ryba rzeczywiście czeka na mnie w kuchni. Leży już w jajku i spogląda na mnie złowrogo. Nie usmażę jej – to jasne. W życiu nie smażyłem ryby i prawdę mówiąc boję się, że po mojej próbie będzie do wyrzucenia – a jak nigdy wcześniej dzisiaj rozumiem słowa mojej nieżyjącej babci, że wyrzucanie jedzenia jest największym grzechem. – Upiekło ci się koleżanko – rzucam rybie zamykając drzwi lodówki.

Rafał i Magda to anioły w ludzkiej skórze, takie anioły z Tottenham. Na wyspach są od wielu lat – znacznie dłużej ode mnie. Pracują w tak samo ciężko, jak ja, mają takie same problemy i podobne do moich plany. Wiedzą, że jestem dziennikarzem, dlatego umawiamy się, że jak będę chciał w swojej historii wykorzystać nasze rozmowy, to powiem im które. Reszta pozostanie tajemnicą, którą zabiorę do grobu.

Jednego z pewnością nie pominę – moich rozmów z Rafałem o Polsce. Tak naprawdę, gdyby choć połowa Polaków była właśnie taka, bylibyśmy światową potęgą. Ale nie jesteśmy. Nie nazywamy – w większości – rzeczy po imieniu. Rafał nazywa – wali prosto z mostu. To twardy facet, ale nie ma oporów – kiedy chce mówić o miłości, mówi.

– Ty, a co ty tak biegasz do tych czarnych? – Magda pyta mnie pewnego sobotniego wieczoru, kiedy planujemy mniej więcej niedzielę oraz to, czy zjemy razem obiad, czy nie. Nie zjemy, bo jutro mam spotkanie z moją przyszywaną, ghanijską rodziną.

– Jemu się podoba ta murzynka – śmieje się Rafał.

– Podoba mi się, bo jest ładna. Ale nie oceniam jej w kategoriach, w jakich zwykle mężyźni oceniają kobiety – odpowiadam. Wydaje mi się, że prosty argument będzie najbardziej przekonujący, więc walę prosto z mostu, że ja jej się nie podobam. – To chyba tak jest, że murzynki do białych nie czują mięty. Poza tym ona ma matkę pastora i jest świętojebliwa. I chyba szuka męża a sami rozumiecie, że jako kandydat na męża nie mam żadnej wartości.

Generalnie argument jest mocny. Zwłaszcza w obszarze religijnym, ale już w kwestii mięty murzynek do białych Rafał ma inne zdanie. – Co ty stary, one to lubią. Spotkałem niedawno takie dwie Jamajki, wiesz, w metrze na stacji. Nawet zrobiliśmy sobie zdjęcie, takie, że niby że się całujemy. Tak ostrożnie – Rafał uśmiecha się do wspomnień. Ale dodaje szybko: – Ostrożnie, bo wiesz, nie wiadomo co ona wcześniej miała w buzi.

– Doskonale wiesz, co miała wcześniej w buzi – to Magda.

Chłodna i złośliwa uwaga Magdy trafia w samo sedno. Śmiejemy się więc i w efekcie oblewam się herbatą. Seks jest właściwie tematem, który tu, w Londynie odpowiada każdemu.

– Musisz sobie znaleźć jakąś pannę – mówi trzeźwo Rafał. – To łatwe, tylko trzeba pójść do jakieś knajpy, na jakąś imprezę.

– Imprezowicz ze mnie marny – odpowiadam. Nie piję alkoholu, więc na spotkaniach towarzyskich tracę na popularności. Próbowałem, szczerze mówiąc kilka razy wziąć udział w knajpianych spotkaniach. Ale po 18.00 trudno jest namówić barmana, żeby ruszył zadek i robił herbatę. Zwykle stawało na tym, że zamawiałem pintę coca-coli – w kuflu, żeby się maskować. No ale sami powiedzcie, ile można wypić coca-coli? Po dwóch litrach każdy wymięknie. Po trzech zwykle odkrywam, że towarzystwo oderwało się od ziemi i za nim nie nadążam. Zajmuję się więc sobą i zwykle wychodzę wcześniej. Odwiedzając toaletę, gdzie pozbywam się nadmiaru coli i gdzie zdarza mi się znaleźć jakiś przebłysk geniuszu w toalecie, gdzie ktoś z uporem godnym lepszej sprawy wydrapał, albo napisał markerem jakąś mądrość. Jeśli po polsku, tym zabawniej. Wiecie, rzeczy w stylu ‚Za górami, za lasami żył Bin Laden z Talibami. Zamiast escape wcisnął enter i rozjebał world trade center’, albo ‚siedzę tu z rozdartym sercem, chciałem srać a tylko pierdzę’.

Dwa narody

Co kilka dni chodzę na kebab do kurdyjskiej knajpki – jadłodajni, w której nad ajvarem spotykam ku mojemu zdziwieniu w doskonałej komitywie siedzących Kurdów i Turków. Dyskutują o piłce nożnej, o pracy w Londynie, o handlu. Polityki tureckiego rządu i niszczonej mniejszości kurdyjskiej nie poruszają. Uważam jednak, że nie można udawać, że tematu nie ma i dyskretnie pytam o kwestię kurdyjską starego Mustafę, który kojarzy mi się z Grekiem Zorbą. – Przecież oni chcą tylko suwerenności, ograniczonej autonomii. Wiesz, coś takiego jak mają Szkoci w ramach Zjednoczonego Królestwa – mówię.

Mustafa obrusza się. Spoglądając na mnie znad szklanki z herbatą po turecku i tłumaczy powoli: – Suwerenność jest jak miłość, znaczy wszystko co się chce. To po prostu słowo w słowniku pomiędzy spokojny a szurnięty – i zamyka dyskusję.

Faktem jest jednak, że te dwa narody, tu na obczyźnie egzystują obok siebie i żyją w pełnej zgodzie. A pokolenie moje i młodsze, szczególnie jeśli pracuje w korporacjach, różnic nie zauważa. To klasyczni yuppies, którzy i narodowość, i kulturę odwiesili na kołkach już dawno temu. Young, urban, proffessional – zachowują się, jakby ktoś naszpikował ich pigułkami na energię, na optymizm, wytłumienie strachu po których nawet mysz naplułaby na kota.

Nie mam takiej natury. Bardzo chciałbym być yuppie, ale zbyt często pochylam się nad swoimi zainteresowaniami. Czytam – podręczniki do zarządzania projektami też, ale równie często klasykę i historię. – To się nie sprawdza – mówi mi Paakistańczyk, kolega z pracy. – Nastaw się na sukces i zapomnij skąd jesteś. Na starość zajmiesz się ojczyzną, gwiazdami i książkami. Teraz zarabiaj.

– A ty zapomniałeś skąd jesteś?

– Nie. Ale zarabiam. I mam w nosie, co rząd Pakistanu ma do powiedzenia rządowi Indii. Lubię Hindusów, bo dobrze mi się z nimi pracuje. A moje dzieci będą mówić przede wszystkim po angielsku.

Cóż… moje przede wszystkim po polsku.

Złota niedziela

gold-swiss

Dzisiaj Szwajcarzy zdecydują, czy chcą, czy nie aby ich bank centralny zwiększył rezerwy złota. To oczywiście oznacza wstrzymanie sprzedaży złota przez Szwajcarów, wzrost jego cen oraz umocnienie się franka.
To, co robią i zrobią Szwajcarzy nie pozostanie bez echa dla gospodarek całego świata. Bynajmniej nie ze względu na samego franka szwajcarskiego i jego kurs (który swego czasu umożliwiał Polakom kredytowanie swoich nowych mieszkań z nadzieją na niższe raty), ale z powodu pozycji szwajcarskiej waluty międzynarowodym koszyku walut. Mowa o nie byle jakim skupie, bo rzecz rozbija się o zakupach rzędu 1,5 – 1,8 tys. ton kruszcu, co w globalnej skali znacznie podniesie jego cenę. Wzrost cen złota na międzynarodowych rynkach oznaczałby dla Szwajcarów również niezbywalność złota.
Według szwajcarskiego banku centralnego przeciwko zwiększeniu rezerw kruszcu przemawia największe ryzyko inwestowowania w złoto właśnie. Co więcej – bank centralny Szwajcarii uważa, że oparcie franka na złocie utrudni zachowanie kursu do euro na sztywnym pułapie. Ale z drugiej strony – to argument wszystkich przeciwników sterowanej inflacji – uniemożliwi bankowi nieograniczone drukowywanie pieniądza. Przeciwnicy obecnego systemu finansowego bardzo liczą na wygraną, sądzą bowiem, że choćby sama debata na temat standardu złota powinna przyjąć globalny wymiar.
Parytet złota już raz odpowiadał za kursy walut – tuż po konferencji w Bretton Woods. System załamał się, kiedy Stany Zjednoczone zawiesiły wymienialność dolara na złoto na początku lat 70. XX wieku.
Sondaże przeprowadzone przed referendum wyraźnie pokazują, że punkt widzenia badanych zależy od ich dochodu. Posiadacze akcji są przeciwni uchwaleniu złotej inicjatywy, a za jej przyjęciem jest niezamożna część społeczeństwa, która liczy na to, że aprecjacja franka szwajcarskiego zabezpieczonego złotem oznaczałaby zwiększenie siły nabywczej. Analitycy są jednag zgodni – szanse na to, żeby Szwajcarzy powiedzieli zotym rezerwom ‚tak’ są raczej nikłe. Pewność co do parytetu złota deklaruje 37 proc. obywateli tego kraju.

Rosja. Polityka faktów dokonanych

Polityka Władimira Putina jest jasna – stosowanie metody faktów dokonanych sprawdzało się w historii już nie raz, sprawdzi się i dzisiaj. Ukraina jest w stanie wojny, ale o tym wiedzą jednie Ukraińcy i ich sąsiedzi. Kilka dni temu Rosja przejęła kolejny kawałek byłego Związku Radzieckiego – gruzińską do niedawna Abchazję. Słowa unijnych polityków i prezydenta USA okazały się tylko słowami, bo nie poszły za nimi żadne czyny. A to relne zagrożenie dla Polski, która stała i stoi Rosji ością w gardle.

sjc02russa93e

Już tylko londyński Euromajdan, czyli kroczący po ulicach Londynu protest Ukraińców przeciwko aneksji części ich kraju przez Rosję przypomina Brytyjczykom (i dziesiątkom innych nacji), że ukraińska wojna nie toczy się o Donbas (to też oczywiście), ale zaczęła się od gwałcącej międzynarodowe prawo i szereg traktatów ubiegłorocznej aneksji Krymu. Krymu, który na najnowszych dostępnych w sprzedaży na Wyspach Brytyjskich mapach politycznych świata jest już terytorium rosyjskim. W serwisach BBC Krym pokazywany jest najczęściej jako terytorium sporne – nie ukraińskie, ale o niezatwierdzonym statusie międzynarodowym.

Rosja wielka, coraz większa

Spójrzmy prawdzie w oczy – tę część podboju Europy Putin wygrał i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Na Ukrainę bez przeszkód jeżdżą rosyjskie ‚konwoje humanitarne’ – w obie strony: raz dowożąc ubranych w paramilitarne dostępne w każdym sklepie mundury, z powrotem wywożąc bywa, że całe fabryki. Choć coraz częściej najcięższy sprzęt zostaje na miejscu, wiadomo bowiem, że Donieck i tak pozostanie w rękach rosyjskich a skoro w obronie ukraińskiej niepodległości Zachód zrobił tak niewiele, zimą nie zrobi już nic.

Polskie media jak tylko mogą uwypuklają wypowiedzi takich, czy innych polityków z Europy oraz żandarma świata, Baracka Obamy, prezydenta USA. Faktem jest jednak, że USA, Wielka Brytania, Francja i Niemcy mają dużo poważniejszy problem – wciąż silne i prowadzące regulrną rekrutcję na ulicach Londynu, Berlina i Paryża bojowników, Państwo Islamskie. Teraz rekrutacja weszła w nową fazę, bo nie szuka się wyłącznie młodych muzułamanów, ale przede wszystkim Europejczyków z dziada pradziada. Przy czym wynagrodzenie jest konkurencyjne, przygoda murowana a konwersja na Islam pozostaje w kwestii wyboru kandydata. Jeśli wybierze źle, może liczyć się z tym, że skończy na opublikowanym w internecie nagraniu ze ścięcia głowy kolejnego niewiernego.

A Rosja? I dla Camerona, i dla Obamy, i dla Merkel to przeciwnik zbyt silny, żeby się z nim próbować. Dlatego stosowana przez Kreml polityka faktów dokonanych jest taka skuteczna.

Trzy dni temu Rosjanie w świetle reflektorów zajęli Abchazję. Nie czołgami – gruziński region padł bez jednego strzału. Oto w ostatni poniedziałek Putin i szef nieuznawnego nigdzie poza Moskwą rzdu Abchazji podpisali rosyjsko-abchaski traktat o sojuszu i strategicznym partnerstwie. Zgodnie z nim Abchazja bęðzie zintegrowana z Federacją Rosyjską w sferze obronności, kontroli granic, celnej, socjalnej oraz ochrony porządku publicznego. Mieszkańcom Abchazji Putin obiecał pomoc – 200 mln dolarów, które wrzuci do kraju już w przyszłym roku.

Prezydent Giorgi Margwelaszwili wezwał społeczność międzynarodową do podjęcia wszelkich możliwych kroków w celu zatrzymania polityki Kremla, zaś gruziński MSZ zapowiedział złożenie wniosku o zwołanie Rady Bezpieczeństwa ONZ. I tyle. Bo poza delikatnie rzuconym ‚potępiamy’ zachodni liderzy nie zrobili nic więcej.

Wariant wojenny

Niedawna dyskusja polskich internautów na temat pomysłu rozbioru Ukrainy była niczym więcej, niż rosyjską prowokacją. W końcu który Polak nie chciałby powrotu Lwowa do Polski? Zwłaszcza, że tak pięknie dał się nad Wisła wyeksponować pomysł, że Ukrainą będą rządzić banderowcy – założyli rosyjscy stratedzy. Ale rozsądnie Polacy Ukrainy nie chcieli – i dobrze, bo nie gra się z bandytami. Poza tym Lwów w takim rozdaniu dostalibyśmy na kilka miesięcy – po to, żeby w połowie zimy oddać Rosjanom i Lwów, i Warszawę.

Rząd polski mało szczęśliwie milczy w obszarze dyskutowanego na Zachodzie wariantu ataku Rosji na Polskę z użyciem broni masowego rażenia. Nikt na atak atomowy nie odpowie Rosji atakiem atomowym – po prostu zmieni się punkt wyjścia w negocjacjach Rosji z Zachodem na temat kształtu świata najbliższym stuleciu. Nie na korzyść Zachodu, bynajmniej. Polska po ataku straci władzę, literalnie – bez rządu i prezydenta trzeba będzie wprowadzić nad Wisłę misję stabilizacyjną i zarząd komisaryczny. Najbliżej będzie oczywiście Niemcom, którzy zajmą się tym, co zostanie z Warszawy i zachodnią częścią kraju. Zresztą niemiecka polityka wobec Rosji też jest szczególna. Angela Merkel wprost zapowiada utrzymanie sankcji wobec Rosji. Wsparcie techniczne Ukraińców, misja wojskowa, przerzucenie oddziałów niemieckich struktur NATO na Wschód? – Konfliktu na Ukrainie nie da się rozwiązać metodami militarnymi, lecz jedynie dyplomatycznymi – powiedziała w środę w Bundestagu.

Szkockie pośladki

braveheartrev03 (1)

Referendum w sprawie niepodległości Szkocji zmieni w Europie tak wiele, że tylko nieliczni politycy odważają się komentować to, co może się wydarzyć jeżeli za cztery dni Szkoci pokażą Londynowi, jak to górale szkoccy mieli w zwyczaju jeszcze 400 lat temu, nagie zadki. Rozpad jednej z europejskich potęg – gospodarczej i militarnej – pociągnie za sobą szereg wydarzeń w samej Europie, Ameryce Północnej, na Bliskim Wschodzie i, w końcu, w Rosji.

Wzajemna niechęć Anglików do Szkotów i odwrotnie nie jest tu żadną tajemnicą. Oczywiście nie zobaczymy jej na ulicach Londynu, Manchesteru, czy Edynburgha. Nie dowiemy się o niej z książek, z których historii uczy się brytyjska i przyjezdna młodzież. W brytyjskim społeczeństwie, do którego zaliczają się i Szkoci, i Anglicy w dobrym tonie jest mówić o unii między Anglią a Szkocją, o trudnym okresie jednoczenia Wielkiej Brytanii. Prawdziwy Orwell!

Wojna, okupacja, narzucenie Szkotom języka urzędowego Anglików są jakoś dyskretnie omijane. Zgrzytem była kinowa emisja filmu Braveheart w połowie lat 90. XX wieku, którego bohater – jak raz Szkot walczący z Anglikami – nazywał rzeczy po imieniu. Dla Williama Wallace’a zdrada była zdradą, słabość słabością, a okupacja – okupacją.

Zresztą nie trzeba daleko szukać. Oba hymny – szkocki i brytyjski – zawierają w sobie dość dużo wzajemnej niechęci.

‚O kwiecie Szkocji (…), któryś walczył i umarł za twe małe wzgórza i doliny (…) stałeś przeciwko dumnej armii Edwarda i posłałeś go o domu, by pomyślał jeszcze raz’ – śpiewają Szkoci. – ‚Nadal możemy powstć i być tym krajem ponownie’.

‚Boże zbaw królową’ – to oczywiście znany początek, który prowadzi do ostatniej zwrotki: ‚Panie, spraw, by marszałek Wade z Twoją pomocą przyniósł nam zwycięstwo. Niech stłumi bunt i jak rwący potok niech porwie buntowniczych Szkotów. Boże zbaw Królową!’.

Oczywiście w czasie oficjalnych brytyjskich uroczystości ostatniej zwrotki się nie śpiewa. Ale formalnie tak właśnie kończy się hymn Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. I zdarza się, że co gorliwsi znawcy brytyjskiej historii lubią odśpiewać hymn do końca.

Sondaże coraz częściej pokazują, że opinia Szkotów na temat tego małżeństwa z przymusu jest podzielona niemal po równo. W zależności od tego, po którym happeningu są przeprowadzane – bo trzeba wam wiedzieć, że Szkocja a szczególnie Edynburg, są ostatnimi czasy królestwem marszów, happeningów i wszelkich uroczytości – dają niewielką przewagę raz zwolennikom pełnej niepodległości, innym zaś razem tym, którym po drodze jest z kampanią ‚Głosuj na >nie<‚.

Brytyjski premier David Cameron, oraz członkowie jego gabinetu uciekają się nawet do ostrożnych gróźb.

Kogo boli rozwód?

– Odejdziecie? OK. Ale będzie to decyzja nieodwracana i ostateczna – mówią najzupełniej oficjalnie członkowie brytyjskiego rządu.

– Ludzie chcą słuchać o pozytywnej wizji przyszłości Szkocji. Mówimy o takich szansach i dlatego wygrywamy – odpowiada Alex Salmond, szkocki premier i lider szkockiej partii narodowej.

Szkocka przegrana tak naprawdę nie jest wcale pewnikiem w tym największym w powojennej Europie Zachodniej rozwodzie. Na razie strach paraliżuje gabinet rządu przy Downing Street. Bo to z Londynu, nie Edynburga, odpływa zagraniczny kapitał. Według informacji firmy consultingowej Cross Border Capital tylko w sierpniu wycofano z Wielkiej Brytanii 16,8 mld funtów.

Główny ekonomista Deutsche Bank David Folkerts-Landau ze śmiertelną powagą deklaruje, że wyjście Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa byłoby błędem porównywalnym z decyzją o przywróceniu parytetu złota w 1925 r. Utrzymanie tego standardu okazało się dla brytyjskiej gospodarki zbyt dużym wysiłkiem.

Poziom szkockiego PKB skurczy się o 4 do 5 proc. w wyniku relokacji szkockiego sektora bankowego do Londynu – ostrzega bank UBS. Credit Suisse idzie dalej mówiąc o możliwej masowej likwidacji lokat oszczędnościowych w Szkocji.

– Zapomnijcie o funcie – dodaje David Cameron spoglądając w kamery szkockich telewizji lokalnych.

Referendum, na które zgodziła się Korona Brytyjska, jeżeli zakończy się oddaniem niepodległości Szkotom po 300 latach okupacji uderzy przede wszystkim w Anglików. Również z powodu kosztów administracyjnych. Szkoci mają swoją flagę, brytyjczycy będą musieli wszystko zmieniać – od nazwy państwa, po pieczęcie i flagi urzędowe, z których trzeba będzie usunąć niebieski kolor tła i szkocki krzyż św. Andrzeja.

Szkocja: rozliczymy się na pewno…

– To straszenie prowadzi do prostej konkluzji, że ani brytyjski rząd, ani międzynarodowe koncerny nie mówią do końca prawdy – deklarują zgodnie Alex Salmond, szef nacjonalistycznego rządu Szkocji oraz były wiceprezes rządzącej Szkockiej Partii Narodowej Jim Sillars. Salmond idzie dalej domagając się publicznego sochodzenia w sprawie ujawnienia przez wiceministra finansów GB Danny’ego Alexandra, że grupy bankowe RBS i LBG mają awaryjne plany relokacji aktywów, gdyby referendum okazało się szkockim ‚nie’ dla unii z Anglikami. Według niego przeciek był celowy. I wciąż nie został potwierdzony przez same banki.

– Korporacje, w tym banki i koncern BP, nie mówią prawdy i z nimi roliczymy się na pewno – mówi Jim Sillars i dodaje: – Spójrzy prawdzie w oczy, szefami tych korporacji są ludzie bogaci, będący w zmowie z równie bogatym angielskim premierem torysowskim. Wypaczają rzeczywistość i nie mówią prawdy, chcą, by biedni Szkoci zbiednieli jeszcze bardziej. Władza, którą wykorzystują do podkopywania naszej demokracji, skończy się, gdy Szkocja zagłosuje na ‚tak’ dla niepodległości.

Sillars uprzedza, że bankom skończy się możliwość zatrzymywania zysków i pokrywania strat z pieniędzy podatników. A koncern BP? – Zrozumie czym jest częściowa lub pełna nacjonalizacja – pointuje Sillars.

Polacy za Szkocją

Szkocka niepodległość jest na rękę Niemcom i Francuzom, choć do wyników referendum głośno tego nie przyznają. Osłabienie największego konkurenta gospodarczego oraz brytyjskiej waluty wpłynie korzystnie na ich pozycję, i podniesie prestiż euro. Czy pomoże Polsce? My się w gospodarce europejskich potęg aż tak nie liczymy. Ale z pewnością pomoże brytyjskiej Polonii. To dlatego na szkockich wiecach niepodległościowych tak dużo widać biało-czeronych flag z dużym napisem ‚YES’.

Szkockie referendum z pewnością przyspieszy tendencje odśrodkowe w Belgii i niepodległościowe dążenia Basków. Zachwieje stabilnością Kanady, której francuskojęzyczny Quebec już od dawna mówił o niezależności.

Niestety – wzmocni również Władimira Putina, który w konfrontacji z Europą czeka aż w sposób zupełnie naturalny zniknie kraj, którego – nigdy tego nie ukrywał – boi się niemal tak samo, jak boi się Amerykanów.

Stretched on the dead corp

flag_of_great_britain-HD

After 40 years on this earth, coming from a generation that does not really remember any war, nor totalitarianism – in the era of Cold War me and my colleagues were in primary schools. Here in the UK I am, and from Middle and Eastern Europe they are – watching the end of the country. This country that years ago seemed to be eternal. Back then it was also the beginning of the first fundamental Islamic state in Europe, where the policy of David William Donald Cameron led the United Kingdom to.

And I feel sorry for the old Britons, who I do pass by everyday in the streets of Edmonton, Tottenham, Wood Green or in South London as they are not at home anymore. Even less at home than me, the Eastern European man who came from Poland to have a taste of the concept I used to know just from books – discrimination. If you walk down the street you’ll see groups of teenagers of different origin – usually from the Middle East or Somalia. They are all dark Muslims. They walk and speak with certainty as they know this country will be an Islamic state in the next few years. Maybe not just few years – for young Muslims to hold the entire political power of the UK. Cameron has to make life in the UK impossible for all those Europeans that came here in search of a better life. So… no matter if we are Polish, Romanians, Bulgarians, Hungarians, Slovakians – we will always meet the glass ceiling. We will not obtain the suitable employment to our qualifications or have required experiences because those positions are for Blacks homosexuals, or at least south Asians. Even if only 10 per cent of us apply for benefits we are called scammers by the Prime Minister’s office – in here and in our homelands. In fact all those benefits flow directly to Gypsies from all over Europe with different nationalities (yes – Bulgarian, Polish, Hungarian Romanian and so on), who cheat in all possible ways. They take benefits for children that never existed. They take house benefits for houses that are in fact private hostels for workers. I used to live in one of them – I know what I am taking about.

But the truth is it is not Cameron who at the moment is the authority in power who will call me a scammer. No, it will be the Muslim State and it’s moral police officers. Great Britain is not great any more even if it had a great past. I have been making my own research visiting Muslim communities, talking to imams, checking the level of ISIS recruitment on the streets of London. I haven’t met any Police officers there. however there were the places they supposed to be not-so-rare guests.

The Scotland’s decision will help Britons understand what the European citizenship policy of discrimination is – let’s face it since I have been here I was regarded a second class citizen. The same for my friends. I am quite sure that next weeks the Scottish will take their independence and will say no more to The (Not-So)-United Kingdom. The ‚Vote-No’ campaign makes me laugh – what actually London has to offer to Scotland highlanders who by the way have been crying for freedom for centuries. The same limited autonomy? The blur of Scotland identity? As fuzzy as the identity of English if u ask me? The chance of leaving the European Union? Doesn’t Mr Cameron see that soon Europe will not be interested in cooperating with Muslim state? Scots are trying to save whatever they have to save from their history and the future. God bless them for that! Maybe they have not lost their spirit and will find young Ukrainians on the streets of Edinburgh who’s country is being destroyed by Russia. Mr Cameron hasn’t found any of them on the streets of London even if they meet every single hour since their country has been under attack.

Great Britain lacks great politicians such as Chamberlain or Churchill. They let Hitler grabbed Europe, they betrayed allies… but they did it with class.

And we, East and Central Europeans know that we will be stretched on death corp of the United Kingdom.